Fundacja Instytut Obecności nie zaczęła się dla mnie od pomysłu na fundację. Zaczęła się dużo wcześniej.
Od spotkań z ludźmi. Od gabinetu. Od rozmów, w których czasem najważniejsze było właśnie to, czego jeszcze nie dało się powiedzieć. Od chwil, kiedy siedziałem obok drugiego człowieka i coraz wyraźniej rozumiałem, że nie zawsze trzeba wiedzieć, co zrobić. Czasem trzeba umieć zostać.
Przez lata pracy jako psychoterapeuta i trener focusingu coraz bardziej uczyłem się ufać temu, że człowiek jest czymś więcej niż swoją historią, trudnością, diagnozą czy tym, co wydarzyło się w jego życiu. Że nawet w bardzo trudnym miejscu może być w nim coś, co nadal szuka następnego kroku.
Ta myśl stała mi się szczególnie bliska dzięki Eugene’owi Gendlinowi i focusingowi. Ale z czasem przestała być dla mnie tylko sposobem pracy terapeutycznej. Stała się sposobem patrzenia na człowieka.
Czujemy więcej, niż potrafimy powiedzieć.
I czasem właśnie od tego „więcej” zaczyna się zmiana.
Fundacja wyrasta z mojego pragnienia, żeby taka obecność nie była dostępna wyłącznie w gabinecie terapeutycznym ani tylko dla tych, którzy mogą sobie na nią pozwolić. Żeby można było dotrzeć także do człowieka, który znalazł się w miejscu, w którym trudno iść dalej samemu — dziecka, młodej osoby, dorosłego.
Nie chcę jednak budować miejsca, które „naprawia ludzi”. Chciałbym współtworzyć miejsce, które jest przy człowieku wystarczająco blisko, aby mógł znowu usłyszeć siebie.
Może właśnie dlatego powstała ta Fundacja.
Z przekonania, które dojrzewało we mnie przez lata: że czasem największą pomocą, jaką możemy komuś dać, nie jest gotowa odpowiedź.
Jest nią drugi człowiek, który nie odchodzi.
Który potrafi usiąść obok.
Posłuchać.
Nie przyspieszać.
I przez chwilę nieść razem z nami to, czego sami nie potrafimy jeszcze unieść.
Chciałbym, żeby Fundacja Instytut Obecności była właśnie takim miejscem.